Nienawidzę szczęśliwych zakończeń. Po prostu.
| Więzień Labiryntu? Czemu nie. |
Zdecydowana większość książek i filmów kończy się szczęśliwie. Może nie w dokładnym tego słowa znaczeniu, ale jednak. Zagadka zostaje rozwiązana, złoczyńca trafia do więzienia, bohater odnajduje skarb, rodzinę czy cokolwiek innego. To jeszcze mogę przeżyć. Jeśli wszystko jest przemyślane, a zakończenie nie jest przesłodzone- może być. Ale są sytuacje, w których happy end jest nieznośny.
Szczęśliwe zakończenia najbardziej są widoczne w romansach, które są jednym z najmniej lubianym przeze mnie gatunkiem. Dlaczego na końcu para zawsze jest razem? Dlaczego?! Czemu chociaż raz chłopak nie może powiedzieć Przykro mi, to był błąd. Dlaczego chociaż raz dziewczyna się nie zabije z powodu nieszczęśliwej miłości?
Głównym powodem mojej nienawiści do happy endu jest jego nierzeczywistość. Życie rzadko kiedy kończy się szczęśliwie. Prędzej, czy później ktoś cierpi. Nie, nie jestem pesymistką, ani jakimś emo. Jestem realistką, a takie filmy mnie dołują, bo wiem, że mam nikłe szanse na szczęśliwe zakończenie mojego życia. Przykro mi.
Czekam na film, w którym wszyscy umrą. Oglądałam Sinister, który w sumie spełnia te oczekiwania, ale jest chyba jedynym takim filmem. Z książką tego typu się jeszcze nie spotkałam. Gwoli ścisłości, nie jestem upośledzona, ani psychopatką. Chcę czegoś smutnego, więc jeśli znacie coś takiego to piszcie. Będę wdzięczna
\
Komentarze
Prześlij komentarz